poniedziałek, 23 stycznia 2017

Dlaczego studentom PWr łatwiej wyjechać do Australii?

Styczeń to dla studenta trudny czas na czytanie książek. Zawsze wtedy przychodzi Ta, Której Imienia Nie Wolno Wymawiać i bezlitośnie zabiera cały wolny czas. Postanowiłam więc (w czasie Australian Open) sięgnąć po coś lekkiego, a że ów temat bardzo mnie ciekawi - padło na "subiektywny przewodnik po Australii" autorstwa blogerki Julii Raczko, który miał premierę 26 października ubiegłego roku. Niestety - dalej miło nie będzie. 


To zabawne, że wszystko dzieje się tam z wyprzedzeniem. Chcesz obejrzeć Australian Open albo zadzwonić do kolegi-emigranta? Nie ma sprawy, najpierw tylko spójrz na zegarek, bo albo on zarwie noc, albo ty.
W kraju Aborygenów wiele rzeczy jest na opak. No choćby pory roku. Tak, w Australii trwa właśnie piękne lato i wakacje. "Jakby tam nie trwało permanentne lato" - pomyślicie z przekąsem i spytacie: Czy Australijczycy potrzebują w ogóle kupować czapki? Otóż tak! Bywają takie zakątki Australii, w których nawet pada śnieg. Jednak co Europejczykom może wydać się nieskończenie dziwne - w wielu australijskich domach nie ma centralnego ogrzewania (a więc i kominów), ściany i okna są cieniuteńkie, a mieszkańcy otwierają piekarnik, żeby się ogrzać. :D

W opinii wielu to taka Europa, tyle że jeszcze mają kangury. To kwintesencja europocentrycznego myślenia. Wydaje mi się jednak, że Australia bardziej trzyma sztamę z Azją, tam mają w końcu najbliżej. To, że są biali i właściwie złożeni z imigrantów nie znaczy, że mają typowo europejski sposób myślenia. Jednak tysiące kilometrów, oceany i lądy dzielące Australię z resztą dobrze nam znanego świata robi swoje. Lubię słówko "overseas", które tak często pada z ust Australijczyków. Jasne, że znaczy "zagraniczny", ale literalnie to raczej "zamorski", co dość brutalnie oddaje rzeczywistość. Australia jest samotną wyspą na Pacyfiku, która nie posiada granic lądowych z żadnym innym państwem. Ma jakieś pięć pustyń, kilka ogromnych metropolii i...
I mistrza świata w... speedcubingu, czyli układaniu kostki Rubika najszybciej, jak to możliwe. To bardzo ekscytująca konkurencja, w której od kilku lat niepodzielnie króluje 21-latek z Melbourne, Feliks Zemdegs. Chłopak ma prawie wszystkie rekordy świata i nadal chce być jeszcze lepszy. Odwiedził Polskę w lipcu tego roku i też pobił u nas rekord. Tegoroczne Mistrzostwa Świata w speedcubingu odbędą się w lipcu w Paryżu.  

(Jego rekord świata w standardowej kostce 3x3 wynosi 4,73 s. Mój zaś to 2 minuty 50 sekund. :D)
Znalezione obrazy dla zapytania feliks zemdegs gif
http://i.imgur.com/m0mwRop.gif


Zagęszczenie słówek "no worries" i "mate" w australijskiej niechlujnej i naszpikowanej przekleństwami mowie potocznej jest tak duże, jak w przeciętnym japońskim bloku. Australijczycy lubią być ignorantami w problemowych sytuacjach. Mówią wtedy, że trzeba się wyluzować i idą posurfować w oceanie. Tę ignorancję, w odniesieniu do na przykład polityki, można łatwo zauważyć na Twitterze. Zróbcie sobie eksperyment i porównajcie ich trendy z naszymi. U nas przynajmniej połowa z nich dotyczy polityki. W Australii zaś niemal wszystkie są o sporcie. Ewentualnie o jakichś ogólnoświatowych akcjach typu #HappyBirthdayHarryStyles.

Tyle ode mnie, teraz nieco o książce. Zacznijmy od tego, że to nie jest przewodnik w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Dla mnie to pamiętnik pomieszany z dziennikiem. Julia Raczko dzieli się opowieściami ze swego emigranckiego żywota, wprowadza wiele egzaltowanych (i dlatego niepotrzebnych) dialogów np. "It's piękne!" (sic!) albo "We need to go, kochanie". O. MÓJ.BOŻE. Takich językowych hybryd spotkać tu można jeszcze kilka, co sprawia, że nóż otwiera się w kieszeni. Zdumiewające jest też zawarcie w książce wielu (naprawdę wielu) angielskich zwrotów i nietłumaczenie ich. To znaczy, że Autorka założyła, że w dzisiejszych czasach każdy zna rzeczony język? Może trudno jej to sobie wyobrazić, ale odpowiedź brzmi: nie. A co ze starszymi pokoleniami z mniejszych miejscowości? Może oni nie są grupą docelową dla tej książki... Duży minus, pani Julio. :) Poza tym, kilka literówek, naliczyłam 6 i bardzo się wtedy denerwowałam, bo to znaczy, że korektor dostał pieniądze za kiepsko wykonaną pracę.
W gęstwinie minusów tej pozycji znalazłam jednak kilka pozytywnych aspektów. (Dzięki Bogu, bo bym rzuciła ją w kąt.) Piękne zdjęcia i mapki, sporo ciekawostek, trochę historii i praktycznych informacji dla ewentualnych przyszłych turystów.
 


Książka koncentruje się na próbie przybliżenia nam całej Australii, nie tylko tych najbardziej znanych rejonów wschodniego wybrzeża. Poczytamy tu więc o Sydney, Melbourne, Darwin, Adelajdzie, Brisbane, Perth, Wielkiej Rafie Koralowej, Uluru i... może dwa zdania o stolicy, czyli Canberze. Autorka poświęciła więcej czasu na opisy swej frustracji spowodowanej trudnościami w znalezieniu pracy, niż wspomnieniem o stolicy, no ale to w końcu subiektywny przewodnik, prawda? ;] Bardzo dużo jest też peanów na cześć tamtejszej fauny i flory, jedzenia oraz kawy flat white, trochę narzekania na pogodę i Polonię stacjonującą głównie w Sydney i Melbourne.
Nie zrozumcie mnie źle - nie jest to aż tak dramatyczna książka, ale na pewno jest w niej wiele do poprawy. Jako że temat Australii bardzo mnie ciekawi, z pewnością wybiorę jeszcze jakąś inną traktującą o niej pozycję.
 


PS. Ciekawostka nr 1: 26 stycznia przypada Australian Day, wielka feta w Krainie Kangurów i dzień wolny od pracy.
Ciekawostka nr 2: Absolwenci Politechniki Wrocławskiej mają możliwość wyjazdu na półtoraroczny pobyt w Australii, z uwagi na to, że owa uczelnia podpisała umowę o współpracy z tamtejszym rządem. Nic tylko korzystać! :)

Ciekawostka nr 3: TameImpala to australijski zespół, którego utwory warto przesłuchać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz