sobota, 7 maja 2016

Niektórych pokora razi. "Zakonnice odchodzą po cichu" Marty Abramowicz

Podchodzę do pisania tej opinii trochę jak pies do jeża, bo o zakonach żeńskich wiem tyle, co o motoryzacji - zdaję sobie sprawę z tego, że są różne rodzaje i kolory samochodów, ale gdyby mnie spytać o to, co się dzieje w ich wnętrzu, niczego konkretnego nie umiałabym odpowiedzieć. Książka Marty Abramowicz już z założenia miała być bombą. I taką jest. Wystarczy spojrzeć na screen, który zrobiłam osobiście. Obrazek pokazuje liczbę zamówień w jednych z najpopularniejszych filii wrocławskich Mediatek. Reporterka była szeroko reklamowana jako pierwsza w Polsce, która odważyła się poruszyć temat żeńskich zakonów. Bo, jak argumentuje Autorka, o ile o księżach i zakonnikach wiemy wszystko, tak o siostrach nic. "Bez przesady..." - przemknęło mi przez myśl i szybko zabrałam się do lektury.
opracowanie własne na podstawie: http://katalog.biblioteka.wroc.pl
Moja recenzja i książka pani Marty staną się zupełnie przewidywalne, gdy weźmiemy pod uwagę trzy konteksty: a) ja należę do Kościoła i czynnie uczestniczę w jego życiu; b) Autorka wręcz przeciwnie; i wreszcie c) publikację wydało Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Początkowo chciałam być obiektywna wobec tej książki, ale gdy zauważyłam już na starcie (to znaczy w tytule) rażące generalizowanie, wstrząsnął mną pusty śmiech. Według Abramowicz wszyscy księża i zakonnicy trąbią o swoim odejściu na prawo i lewo, natomiast siostry siedzą cicho. "Zakonnice odchodzą po cichu", a jak mają odchodzić, droga Autorko? Z fanfarami? Nie rozumiem, czym tu się chwalić. Czy ty, gdy odchodzisz z pracy, też chcesz wszystkich o tym informować?


Ton tej książki jest jeden - przedstawić kościół w czarnym świetle. Superlatywy umniejszać, wady zaś podnosić do rangi dramatu. Treść jest bardzo zmanipulowana, bowiem jak przyznano już na początku - Marcie Abramowicz udało się dotrzeć do 20 byłych sióstr, z czego w książce przedstawiono tylko 7 historii i to tych zapewne "najmocniejszych". Najpierw oddaje się głos byłym nowicjuszkom, które wytrzymały w zakonie całe 10 miesięcy, a dziś są lesbijko-anarchistko-wegano-ateistkami. To im poświęcono najwięcej treści i uwagi. Innej byłej siostrze, która na wywiad przyszła z krzyżykiem na szyi, pozwolono mówić przez bodajże dwie strony książki. Zawsze z lekkim rozbawieniem i dystansem reaguję na "głębokie" analizy społeczno-psychologiczne przeprowadzane na kilkunastu przypadkach, bynajmnniej nie zmierzających w stronę obiektywizmu i tak zwanego "złotego środka".
Książka "Zakonnice odchodzą po cichu" to mącenie. To skarżenie się, że nie sposób wejść za mury żeńskich klasztorów, a męskie zakony chętnie zapraszają na kawę, ciacho i jeszcze w pakiecie ofiarowują nocleg. "A spróbuj zrobić coś podobnego u podkrakowskich kamedułów, Autorko" - myślę sobie. Wnioskuję, że Abramowicz nie wie, że zgromadzenia są różne i mają różne podejście. Czasami miałam wrażenie, jakby spadła z dębu i nie wiedziała, jak wygląda życie w zakonie, że wymaga wyrzeczeń i jest skoncentrowane głównie na pracy i modlitwie, i nie można być tam zbyt miękkim.Poza tym, został przytoczony przykład dziewczyny, która wybrała pewne zgromadzenie, ponieważ na jakiejś broszurce zobaczyła zdjęcie uśmiechniętej siostry w pięknie skrojonym habicie. (!)
Nie twierdzę, że wszystko w tej książce jest kłamstwem, ale razi mnie niezmiernie, że sprawa  została sprowadzona do tego, aby znowu wbić szpilę kościołowi, zakonom i osobom konsekrowanym. Treść toczy się jednym i tym samym nurtem, kompletnie nie ma tu odniesienia do tej drugiej, "dobrej" strony (która niewątpliwie jest). Szkoda, bo styl Abramowicz można łatwo przełknąć, a i czyta się niesamowicie szybko - jeden dzień i pozamiatane. :)


Zainteresowanych tematem odsyłam raczej do publikacji profesora Józefa Baniaka, który zajmuje się socjologią religii, natomiast zainteresowanych książką informuję, że 11 maja br. w Mediatece na Placu Teatralnym we Wrocławiu odbędzie się spotkanie z Martą Abramowicz.

6 komentarzy:

  1. Wiesz co? pochodzę z bardzo religijnej rodziny. Mam kilka znajomych zakonnic i wiem, że trzeba mieć naprawdę powołanie, by wytrzymać za bramą klasztorną. Książkę, którą opisałaś nie czytałam, ale wiem, ze trudno postawić jednoznaczną opinie na temat powołania, dlatego nie dziwię się, że podchodzisz sceptyczniej do wygłaszanych przez autorkę opinii:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z kolei raczej jestem bliżej z tą drugą stroną, czyli zakonami męskimi i też wiem, że obostrzenia są, szczególnie na początku drogi i trzeba, tak jak mówisz, oprócz powołania, naprawdę być pewnym swojej decyzji. :) A książka jest niestety bardzo krzywdząca.

      Usuń
  2. Jak zobaczyłam gdzieś tę książkę wraz z opinią doszłam do wniosku, że to raczej nie dla mnie. Twoja recenzja (choć zupełnie inna od poprzedniej) tylko mnie w tym utwierdziła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta książka może tylko zrazić do zakonów i KK. :)

      Usuń
  3. O odchodzeniu księży i zakonników z reguły wiemy więcej, bo są członkami tej samej sfery Kościoła, co my. To nas bezpośrednio dotyczy, gdy ksiądz zrzuca sutannę, bo zazwyczaj mamy z nim kontakt, spowiadamy mu się, uczęszczamy na mszę, może nawet uczestniczymy w spotkaniach jakiejś wspólnoty. Zakonnice nie odprawiają mszy, nie spowiadają, zazwyczaj żyją inaczej niż większość księży, więc w naturalny sposób jesteśmy od nich dalej, a ich odejścia od Kościoła przechodzą bez echa.
    Ciekawa pozycja, ale po Twojej recenzji zdecydowanie się na nią nie skuszę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, dobrze, że napisałaś "z reguły", bo niektórzy mają naprawdę fantastyczny kontakt z siostrami. I nieprawda, jak pisze autorka, że zakonnice żyją zamknięte dla świata, bo przecież też uczą religii, prowadzą ośrodki dla samotnych matek, szkoły i można by wymieniać dalej. :)

      Usuń