sobota, 30 kwietnia 2016

Miejska Górka - jestem stąd. Album wydany z okazji 730-lecia miasta.

Dwa lata temu, w 2014 roku, małe miasteczko leżące w południowej Wielkopolsce obchodziło jubileusz 730-lecia swojego istnienia. Z tej okazji, oprócz organizacji festiwali, imprez kulturalnych i sportowych, Urząd Miasta postanowił wydać okolicznościowy album, w którym przedstawił wszystkie walory, jakie miejscowość posiada.
Album jest piękny. Naprawdę. Kiedy trzymasz go w rękach, wiesz, że trzymasz coś porządnego. Książka została wydana w twardej oprawie, na porządnym papierze, a w środku można znaleźć tak piękne zdjęcia, że nie można oderwać od nich oczu. :) Mały kamyk, jaki wrzuciłabym do ogródka odpowiedzialnych za przygotowywanie wydawnictwa to brak podpisów do zdjęć. Ale jak mówiła mi osoba z promocji miasta - według niej zaburzałoby to odbiór. No cóż, ja się z tym nie zgodzę, zwłaszcza w kontekście zdjęć historycznych.
Poza tym, z tekstem jest dość skąpo, ale to miał być album, więc nie mogę narzekać na jego brak. Książkę wydano w dwóch wersjach językowych - polskiej i angielskiej.

Jak już wspomniałam, album chciałoby się oglądać po kilka razy z rzędu głównie z powodu przepięknych fotografii. Zobaczymy tu wszystko, co najlepsze w Miejskiej Górce i okolicach, np. wspaniały klasztor franciszkanów na Goruszkach, złapane w kadr przykuwające wzrok detale z historycznych budowli, budynki użyteczności publicznej - bibliotekę, ośrodki zdrowia, zakłady pracy i wiele innych. Osobny rozdział poświęcono kulturze. Na zdjęciach można zobaczyć prężnie działające sekcje i stowarzyszenia, m. in. orkiestrę dętą, drużynę baseballową Demony albo klub piłkarski Sparta.
Album zamyka partia na temat naturalnego piękna naszego miasta. Tu można przyjrzeć się zbiornikowi wodnemu Balaton albo lasom i polom, których u nas nie brak.




Warto podkreślić, że w wydawnictwie umieszczono także bezcenne z perspektywy czasu zdjęcia historyczne. Trzymając tę książkę w dłoni, można naprawdę być dumnym z tego, skąd się pochodzi. Niestety, słyszałam, że zdecydowano się wydać niewielki nakład. Szkoda, bo myślę, że każdy mieszkaniec gminy chciałby mieć taki album w swoim domu. :)

sobota, 23 kwietnia 2016

Top 10 - lista moich ulubionych książek

Wszystkiego najlepszego z okazji Światowego Dnia Książki! Właśnie w ten sposób winien się dziś witać każdy mól książkowy. ;) Początkowo chciałam zrobić jakiś luźny tag związany z książkami, ale gdy wpisałam hasło w wyszukiwarkę wyskoczyło mi tyle infantylnych przykładów, że zrezygnowałam z tego pomysłu. Postanowiłam więc ułożyć moją własną, osobistą listę ukochanych książek, z którymi zetknęłam się odkąd nauczyłam się czytać samodzielnie.
Muszę przyznać, że naprawdę niewiele jest książek, co do których mogę z ręką na sercu stwierdzić, że jestem w nich całkowicie zakochana. Dużo wymagam od autorów i najczęściej swoim zachwytem obdarowuję tylko klasyki. :D Warto podkreślić, że poniższa lista to nie ranking, a po prostu zbiór lektur, do którego mam ogromny sentyment. A poza tym, jestem dość słaba w hierarchizowaniu, ale o tym cicho sza. 
Jedyna książka, do której powracam niemalże codziennie to Pismo Święte. Mam je zawsze ze sobą w małej aplikacji na telefonie. Super są te aplikacje muszę przyznać. (A tak przy okazji, Mateusz - jeśli czytasz - wymyśliłeś już jakąś?).
Lubię Hiszpanię, język hiszpański i hiszpańską muzykę, za piosenkami Iglesiasa niemal szaleję, więc jak tu nie sięgnąć po literaturę rodem z tego kraju? Ano i tu pojawia się seria o Cmentarzu Zapomnianych Książek Carlosa Ruiza Zafona. Do tych książek też wracam dość często i polecam każdemu. Ta seria naprawdę ma klimat i styl. (Monika, nie czytałaś jeszcze Więźnia nieba).
A skoro jesteśmy przy seriach to myślę, że warto tu wyróżnić septalogię o Harrym Potterze. Doskonale pamiętam jak w okresie nastoletnim zarywałam dla tych książek noce. Więcej słów nie trzeba, dzieła JK Rowling chyba każdy zna. :)
Kolejna seria dotyczy wspaniałego francuskiego chłopca - Mikołajka. Za każdym razem, gdy czytam o jego przygodach, turlam się po podłodze ze śmiechu. To znakomity poprawiacz humoru, aż mi przykro, że przeczytałam już wszystkie części. Innym francuskim przykładem moich ulubieńców jest znakomita Katedra Marii Panny w Paryżu Victora Hugo. Jeśli uważacie, że Dzwonnik z Notre Dame Disneya jest fajny, po tej książce już nawet nie będziecie chcieli o nim gadać i zaczniecie wprost uwielbiać powieść.
Imię róży Umberto Eco to przykład rodem z gorącej Italii. Kurczę, jak ja bym chciała przeczytać tę książkę raz jeszcze nie wiedząc, co zdarzy się dalej.
Z Włoch przenieśmy się na mroźną północ, do Danii, gdzie żył i tworzył Hans Christian Andersen. To mój ulubiony bajkopisarz. I choć wiem, że Skandynawia to ojczyzna kryminałów, dla mnie zawsze jej największym dobrem literackim będzie wydanie na świat właśnie twórcy Małej syrenki.
Coś, co mogłabym czytać przynajmniej co kilka miesięcy to Jane Eyre jednej z sióstr Bronte, Charlotte. To mój typ rodem z wiktoriańskiej Anglii. Czasami wyobrażam sobie, że urodziłam się w tych czasach i idealizuję w myślach tamten świat, a potem przypomina mi się, jak wielkiego farta musiałabym mieć, żeby w ogóle dożyć tylu lat, ile mam dzisiaj. 
Jeśli chodzi o nasz rodzimy ogródek to bardzo doceniam Sienkiewicza, chociaż pewien doktor z mojego instytutu na wrocławskiej polonistyce twierdził, że to półgłówek. Trudno. Pamiętam, jak w liceum zaczytywałam się w Quo Vadis. Oprócz tego, lubię poczytać naszą poezję. Tu stawiam na Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, Zbigniewa Herberta i Adama Ziemianina. A już przede wszystkim kocham Widnokrąg Wiesława Myśliwskiego. To książka o mnie, o moim życiu. Napisałam nawet o niej recenzję, jest na blogu.
Dzięki za tak duże zainteresowanie ostatnim wpisem! Przypominam, że od jakiegoś czasu jestem także na Instagramie, gdzie zapraszam oraz już od dawna na lubimyczytac.pl

środa, 20 kwietnia 2016

Brajan, Franciszek, Antena - o imionach.

Jakiś czas temu podczas rozmowy ze znajomą usłyszałam, że ona to jest przeciwna obecnej modzie nadawania dzieciom amerykańskich imion i swoje ochrzci - jak przystało - pięknym polskim imieniem. Na przykład Franciszek albo Jan. Hola, hola - miałam ochotę krzyknąć. Czy ty wiesz, że to wcale nie są polskie imiona?

Ano tak, bowiem Franciszek przywędrował z Włoch, tam jest znany jako Francesco, natomiast Jan jest imieniem hebrajskim i tak naprawdę jego pierwotna forma to Jochanan. Na chłodno więc rzecz ujmując nie możemy oburzać się na przychodzące na świat Brajanki i Dżesiki, ponieważ biorąc pod uwagę naturalną ewolucję imion w czasach dla nas zamierzchłych, jest ona zupełnie zwykłym procesem także i dziś. Wszystkim obruszonym zagranicznymi formami imion pragnę obwieścić, iż z dniem 1 marca br. weszła w życie ustawa zgodnie z którą możemy nadać swojej latorośli imię obcego pochodzenia. Czy to jednak znaczy, że nosiciel nazwiska Kowalski może ochrzcić je np. Takahiro? Niestety (lub stety) nie. Należy pamiętać, że w dalszym ciągu nie możemy nadawać maleństwom imion ośmieszających, zdrobniałych bądź uwłaczających. Chyba, że traficie na kierownika USC o dużej wyobraźni, który w dodatku jest liberałem.


A skoro już jesteśmy przy wybujałej wyobraźni. Do dziś pamiętam jak pewna pani doktor opowiadała jak to do poradni językowej zadzwonili sfrustrowani rodzice z prośbą o wyjaśnienie im, dlaczego nie mogą nazwać swego dziecka Antena. Ale to nie wszystko. Lista imion jakie przychodzą do głowy kreatywnym rodzicom jest długa. Polscy urzędnicy odmówili zarejestrowania np. takich imion jak Byczek, Sycylia, Goździk lub Dzidzia. Pamiętajmy też, że w naszym kraju nie nadaje się imienia Jezus. Z kolei w krajach Ameryki Południowej albo Hiszpanii to imię bardzo popularne.

Zdarza się jednak, że urzędnik przystanie na jakieś imię żeńskie, ponieważ zawiera konieczną literę -a na końcu. Baza PESEL podaje, że wśród rzadkich imion żeńskich w Polsce jest m.in.: Ała, Carmel, Czekina, Dżulietta, Śnieżana, Kruszyna, Nga, Tadzisława, Zenuta albo Zuzannna. Jak myślicie, była flaszka pod stołem?
Na szczęście póki co wśród najczęściej nadawanych imion w Polsce nadal prym wiodą takie jak: Julia, Wiktoria, Oliwia, Natalia, Zuzanna, Zofia czy Lena. A wśród chłopców: Jakub, Kacper, Mateusz, Szymon, Franciszek, Antoni i Filip. Jak widzicie żadne z tych imion nie jest polskie. Mają obce pochodzenie, jednak w miarę upływu czasu z powodzeniem wpasowały się w naszą tradycję. Myślę, że podobnie będzie z Angelikami, Nikolami, Kewinami lub Dżejsonami.
likegif.com
No dobrze więc - powiesz - a jakie są te polskie imiona? I tak spieszę ci donieść, że to wszystkie te, które składają się jakby z dwu członów. Są też imiesłowowe i jednoczłonowe, ale one raczej się nie zachowały. Imiona Słowian, tak jak wszystkich innych ludów niosły ze sobą jakieś znaczenie. Tak, każde imię coś znaczy, twoje też. :) Miały wyposażać dzieciątko w pewne cnoty lub cechy. I tak na przykład imiona staropolskie, które nadal są w powszechnym użyciu to: Wojciech, Kazimierz, Władysław albo Stanisław. Jest też Mirosław, który dzieli się na cząstki: "mir" - pokój i "sław" - sławić, stąd wychodzi nam, że Mirosław znaczy "sławiący pokój". Warto dodać, że to imię jest jednym z najstarszych wśród słowiańskich. Niesamowite, że udało mu się przetrwać do dziś.
Podobnie było wśród kobiet. Przykładami są: Dobrosława, Ludmiła, Cirzpisława (zachęcam do samodzielnego znalezienia znaczenia :)) albo Bogumiła, Jaromira, Milena.

Do czego może doprowadzić kreatywność autorów - pisarzy i poetów, widać na pierwszy rzut oka, gdy spojrzymy na listę imion literackich. Nie jest specjalnie obszerna, ale to i tak nie lada wyczyn, że jakiś autor został trendsetterem na tyle, że do dziś spotykamy się z imieniem wymyślonym właśnie przez niego. Tu ukłony w stronę Adama Mickiewicza, który powołał do życia Grażynę, Jamesa Macphersona, twórcę Malwiny, Juliusza Słowackiego, który wymyślił Kirkora, Balladynę i Kordiana albo Henryka Sienkiewicza, który wpadł na pomysł, aby bohaterkę nazwać Ligia. A kojarzycie, że kiedyś w czasach emisji telenoweli "Niewolnica Isaura" wiele dziewczynek zostało ochrzczonych tym imieniem?

Warto nazywać dzieciątka z głową, aby potem nie miały do rodziców pretensji. Myślę, że bliźnięta, których nie pozwolono nazwać Fish i Chips na pewno w przyszłości podziękują rozsądnym urzędnikom.
thetravelpop.com

sobota, 16 kwietnia 2016

Blaski i cienie skoków narciarskich - "Moja walka o każdy metr" Thomasa Morgensterna

Wyobraź sobie, że lecisz w powietrzu przez kilka (maksymalnie 8) sekund. Jakie myśli ci wtedy towarzyszą, jakie obrazy przelatują ci przed oczami? Pewnie trochę się boisz. A teraz wyobraź sobie, że na domiar wszystkiego nie masz żadnego zabezpieczenia. Walczysz z podmuchami wiatru, nie masz się czego złapać, a każdy twój najmniejszy błąd może spowodować poważny upadek zagrażający twojemu zdrowiu, a nawet życiu.
13 stycznia br. nakładem wydawnictwa SineQuaNon ukazała się w Polsce niepowtarzalna biografia Thomasa Morgensterna - austriackiego skoczka narciarskiego, dwukrotnego Mistrza Olimpijskiego, zdobywcy Pucharu Świata, triumfatora Turnieju Czterech Skoczni, zawodnika kompletnego, o wybitnym talencie, który... bał się skakać. 


Dla mnie - ogromnej fanki Morgensterna - to pozycja obowiązkowa. Bardzo się ucieszyłam na wieść o jej wydaniu i nie mogłam doczekać, kiedy w końcu poznam całą historię wybitnego skoczka. Książka ma 237 stron, wewnątrz umieszczono mnóstwo kolorowych zdjęć. Kolorowe są również przekładki oddzielające poszczególne rozdziały. To naprawdę duży plus, że wydawnictwo postawiło na dużo barw. :) Dodatkowo na skrzydełkach zamieszczono wypowiedzi: Kamila Stocha oraz dziennikarzy S. Szczęsnego i T. Zimocha, całość wieńczy posłowie prezesa Polskiego Związku Narciarskiego - Apoloniusza Tajnera, natomiast wstęp napisał Łukasz Kruczek, były trener polskich skoczków.
"Moja walka o każdy metr" to jakby spowiedź zawodnika, który po kilku naprawdę poważnych upadkach musiał podjąć trudną decyzję o zakończeniu naprawdę fantastycznej kariery. Muszę przyznać, że mam dość mieszane uczucia co do tekstu. Wielokrotnie odnosiłam wrażenie, że Morgenstern tłumaczy się ze swoich decyzji i choć nie pisze tego wprost - szuka dla nich zrozumienia. Poza tym, dzieli się z kibicami wieloma szczegółami ze swojego życia prywatnego, komentuje relacje pozasportowe z kolegami z drużyny czy trenerem. Jaka to opozycja wobec biografii Pawła Zagumnego, którą przeczytałam w lutym.
Książkę czyta się piekielnie szybko, szczególnie jeśli ktoś jest zainteresowany tematem i każdej zimy (oraz lata) z wypiekami na twarzy kibicuje tym skaczącym na nartach szaleńcom. :) Nie wiem jednak, czy to kwestia niezbyt wprawnego pióra Morgensterna, czy tłumaczenia, ale językowo jest tu bardzo słabiutko. 


"Już nie mogę. Boję się i wiem, że strach będzie moim ciągłym towarzyszem. Długo nie mogłem przyjąć do wiadomości, że już sobie z tym nie poradzę. Że już nie chcę sobie z tym radzić." - dzięki tej książce wreszcie zrozumiałam decyzję Thomasa Morgensterna o zakończeniu kariery. Teraz wydaje mi się najbardziej odpowiedzialną i odważną, jaką można sobie wyobrazić. Skoczek wielokrotnie podkreśla, że zrobił to dla swojej córki. Wiedział, że nic nie jest warte ryzyka, jakie niesie ten sport.
Wydawnictwo SQN "wypuściło" także na rynek biografię słynnego Svena Hannawalda (na pewno go kojarzycie, to ten, który tak rywalizował z Małyszem). Hannawald przypłacił swoją błyskotliwą karierę pięcioma latami depresji. Skoki narciarskie to piękny i niezwykle techniczny sport. Tu każdy ruch ma znaczenie, a najmniejszy błąd może spowodować, że wylądujesz na buli albo skręcisz sobie kark. Tu każdy dekagram ma znaczenie, bo wiatr ma cię nieść jak najdalej. Wreszcie - tu każda myśl może zaważyć na zwycięstwie albo przegranej. Strach przed skakaniem nawet nie wchodzi w rachubę.





To naprawdę przerażające uczucie - lecisz z prędkością 105 km/h, twój wzrok skupia się na linii oznaczającej wielkość skoczni i nagle wypina ci się narta. Zupełnie jakbyś robił krok, a ziemia nagle osunęła ci się spod nóg i zacząłbyś spadać w przepaść. W powietrzu jest tak, jakbyś leżał na brzuchu w hamaku na wysokości pięciu metrów i nagle sznur się urwał. Jesteś przerażony, nie masz się czego złapać i wiesz, że czeka cię nieprzyjemne zderzenie z podłożem. - T. Morgenstern
lowe-magdii.tumblr.com

wtorek, 12 kwietnia 2016

"Ocalone z Titanica" Kate Alcott plus ciekawostki, których mogłeś/aś nie wiedzieć

Dokładnie dwa dni temu minęły 104 lata odkąd w dziewiczy rejs wypłynął najwspalnialszy transatlantyk ówczesnego świata - Titanic. Swoją podróż statek rozpoczął w porcie w Southampton, po czym skierował się do Chebourga, a stamtąd przystanął jeszcze w irlandzkim Queenstown, aby odebrać pocztę i wysadzić (tak, wysadzić) pasażerów, którzy wykupili wersję demo biletu. Opuściwszy Queenstown stalowy kolos obrał kurs na Nowy Jork, cel swojego pierwszego i ostatniego rejsu, ponieważ, jak wiemy na zawsze spoczął na dnie Oceanu Atlantyckiego w nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 roku o godzinie 2:20. Wraz z nim ocean pochłonął ok. 1500 osób. Powodem tragicznego zdarzenia było zderzenie z górą lodową.
fotpforums.com
Chyba właśnie domyśliliście się, jak wielką fanką Titanica jestem i zawsze byłam. Zainteresowałam się nim, odkąd po raz pierwszy obejrzałam film w reżyserii Jamesa Camerona "Titanic". Od zawsze uwodziła mnie niezwykła oraz zarazem tragiczna historia tego statku i chyba obejrzałam na Youtubie i generalnie w Internecie wszystko, co tylko możliwe na temat katastrofy - polecam dokument "Głosy z głębin". 

Na przełomie lutego i marca miałam przyjemność przeczytać książkę Amerykanki Kate Alcott pod wymownym tytułem "Ocalone z Titanica" i w dodatku z piękną okładką. Pomyślałam, że być może będzie to kolejna porcja ciekawych faktów więc niewiele myśląc, zabrałam się do lektury. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że to po prostu powieść. W dodatku taka naiwna, a przecież ja takich nie czytuję. Ale okej - uznałam i zacisnęłam zęby. Przewracając kartkę za kartką przyszło mi do głowy, że jestem w stanie dobrnąć do końca, mimo że to nie to, czego oczekiwałam.
Powieść opowiada o losach młodej krawcowej Tess Collins aspirującej do zostania wielką, słynną projektantką mody. Jej dotychczasowe życie nie daje jej zbyt wielu powodów do satysfakcji, stąd ryzykuje decyzję o opuszczeniu rodzinnego miasta i wyjeździe do Nowego Jorku. Na stacji w Chebourgu ma szansę zmienić swoje życie o 180 stopni, gdy poznaje wpływową dyktatorkę mody Lucile Duff-Gordon. Odtąd nic w życiu Tess nie jest już takie, jak wcześniej. Sprawy przybierają inny obrót, jakiego życzyłaby sobie dziewczyna, później pojawiają się wątki miłosne, a to wszystko okraszone jest ogromnym skandalem. (Szalupa lady Duff-Gordon była prawie pusta, płynęło nią 12 osób, podczas gdy była w stanie pomieścić 40 osób. Wreszcie nowojorska prasa określiła ją mianem "Money Boat", domyślcie się dlaczego.)
źródło
Cóż mogę powiedzieć, jako fanka tematu czuję ogromny niedosyt, ponieważ ksiażka została napisana tak płaskim stylem, kompletnie bez emocji, że jak na dłoni widać, iż Autorka jest dziennikarką polityczną. Z drugiej strony jasne, że odrobiła lekcje i naprawdę sporo naczytała się o przebiegu katastrofy, historii Lucile Duff-Gordon, która -uwaga- jest postacią historyczną i naprawdę przeżyła katastrofę. (Tess nie, ponieważ nie istniała ;)) Widać, że Alcott spędziła długie godziny w archiwach, aby odtworzyć przesłuchania ocalałych. Co z tego, skoro jej styl kompletnie nie przypadł mi do gustu, bo był kwadratowy? Leo też nie jest zbytnio zadowolony.
www.tinypic.com
 Ogólnie nie żałuję przeczytania tej książki, ponieważ i tak pożeram wszystko, co związane z Titanikiem. Nawet od jakiegoś czasu pomieszkuję w Titanicu. :) A i bardzo chciałabym wybrać się do Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, gdzie aktualnie można zwiedzać "Titanic Exibition", na której wystawiono pamiątki podniesione z głębin oceanu, co do szczegółów odtworzono pomieszczenia ze statku i tak dalej. Super sprawa. Wystawa potrwa do października. Poza tym, wreszcie wydano w polskiej wersji językowej do tej pory najważniejszą książkę o katastrofie- "Titanic. Pamiętna noc" Waltera Lorda. Już zacieram ręce na samą myśl o jej przeczytaniu!

histmag.org

sobota, 9 kwietnia 2016

Daj mi fidbek asap - o zapożyczeniach.

Kojarzycie potępianą przez językowych purystów korpomowę? Teksty typu: "daj mi fidbek ASAP" albo "daj znać, jak będziesz mieć jakiś confirm" jakoś ci nie brzmią i niemal zgrzytają między zębami? Gratulacje, to znaczy, że wszystko z tobą w porządku.
Ale co, gdy ci powiem, że spora ilość słów w naszym języku pochodzi skądś? Spójrz niżej, tam ich lista. ;)

Z angielskim i niemieckim sprawa jest prosta. Każdy zna komputer, walkman, weekend, wideo, kamerę i tak dalej. Z kolei jeśli chodzi o naszych zachodnich sąsiadów to również obserwujemy tu wiele zapożyczeń. Przykładowo: kino od Kino, cukier od Zucker, szlaban od Schlagbaum, dalej ganek, kanclerz, futerał, szajs albo smak. Dziś chciałabym jednak skupić się na mniej znanych językach. 

Choćby na węgierskim, skąd pożyczyliśmy przede wszystkim słowa związane z wojskiem. Czyli między innymi: dobosz, giermek, harcerz. Z ciekawszych pożyczek można wyróżnić sasankę (dla niewtajemniczonych: to taki kwiatek), która podobno jest skróceniem węgierskiego kis asszonyka, co tam oznacza... panienkę. :) Z Węgier przywędrował także kretes - od tönkre tesz "zniszczyć do szczętu". Teraz już z pewnością wiesz, co znaczy frazeologizm: przepadł z kretesem!
Wszystkie wymienione węgierskie pożyczki pochodzą z dość prężnie działającego forum sympatyków tego języka. Szalenie trudnego języka, należy dodać. 

Lubicie Islandię? Ja bardzo. A wiecie, że Islandczycy są ogromnymi purystami w kwestii języka? Współczesna Hjordis bez problemu przeczytałaby tekst napisany przez swoich średniowiecznych przodków - taka magia! :) Forumowicze z zapomnianego już nieco forum.iceland.pl meldują, że Polacy zapożyczyli sobie z islandzkiego tylko kilka słów, które można policzyć na palcach jednej ręki. Wśród nich są: gejzer od Geysir, nazwy własnej gorącego źródła; saga, co w islandzkiem znaczy opowieść, historię, a także runy. Chodzi o ten germański alfabet, a samo staronordyckie słowo oznacza tajemnicę.

Przenieśmy się teraz na dalekie południe Europy aż do słonecznej Portugalii. Stamtąd pochodzą takie znane nam słowa, jak: kobra (cobra), albatroz (albatros), comando (dowództwo), fétiche (fetysz, które u nich oznacza urok) oraz mosquito (moskity). Niespodzianka, te ostatnie wcale nie pochodzą z angielskiego. ;) Informacje podebrałam ze strony www.ruralea.com.

Zgłodnieliście? Akurat, gdy to piszę, wypada pora kolacji. Warto wiedzieć, że wiele pożyczek w slangu gastronomicznym przywędrowało z gorącej i słynącej z doskonałej kuchni Italii. Są to przykładowo: al dente, parmezan, mozzarella, stracciatella, mortadela, musztarda, panna cotta, risotto, salami, pulpet, sztućce, cukinia, kalafior, karczoch, lawenda, pomidor, pomarańcza, tulipan, seler. Kolejną z najczęściej spotykanych kategorii jest także sztuka, gdzie podpatrzyliśmy takie słowa, jak: muzyka, balet, malarstwo, tenor, sopran, tercet, trio, wiolonczela, kwartet, alt, aria, duet, fortepian, vibrato, primabalerina, akwarela, tempera, szkic. Jeszcze inną tematyka morska: bandera, fregata, galera, gondola, korsarz, marina, molo, laguna. Oczywiście, to tylko wybrane kategorie. Italianizmów w polszczyźnie jest więcej.
www.tumblr.com
A na koniec szepnę tylko, że w języku polskim zadomowiły się także galicyzmy, czyli słówka francuskie. Są to na pewno doskonale wam znane: rendez-vous, vis-à-vis, à propos, déjà vu, adres, biżuteria, parasol, gorset, fryzjer albo awangarda.