wtorek, 5 stycznia 2016

List, który zmienia życie - "I wciąż ją kocham" Nicholasa Sparksa

 




"Proszę, byś przed snem spojrzał w niebo i pomyślał o mnie, że jestem, żyję i zasypiam pod tym samym niebem, co ty. Skoro nie mogę być przy tobie to przynajmniej możemy dzielić te chwile i a nuż uda nam się sprawić, by nasza miłość trwała wiecznie."


Lubicie Nicholasa Sparksa? Jeśli odpowiedź jest twierdząca, to na pewno spodoba wam się jego książka I wciąż ją kocham wydana w Polsce po raz pierwszy w 2006 roku nakładem Albatrosa.
To słodko-gorzka miłosna historia amerykańskiej pary - żołnierza i studentki, którzy muszą zmierzyć się z przeciwnościami powodowanymi przez zobowiązania zawodowe tego pierwszego, a jedną z głównych ról odgrywają tu listy. Jakie kłody pod nogi rzucił zakochanym autor? I jak się skończy książka? O tym wszystkim na kartach powieści.

Dla mnie... Przesadzone to wszystko było. Cała historia jest pisana w większości patetycznym tonem, próbka w cytacie powyżej. W dodatku autor chyba za wszelką cenę starał udowodnić czytelnikowi, że jest wielkim łasuchem i co pięć stron zamieszczał opisy jedzenia (lazania) albo wspólnych posiłków. Poza tym - beznadziejna główna bohaterka. Była tak irytująca jak Bella ze Zmierzchu. Gdybym ją spotkała, chyba byśmy się nie polubiły.


Tak się złożyło, że najpierw obejrzałam ekranizację, a dopiero po jakimś czasie udało mi się kupić swój egzemplarz powieści. I muszę przyznać, że film jest o wiele lepszy. Zresztą jak niemal wszystkie filmy, które powstały na podstawie powieści Sparksa. Ten pisarz chyba stworzony jest do tworzenia powieści uznawanych za gotowe scenariusze hollywoodzkich filmów. To po prostu książka dla nastoletnich dziewcząt, bo nie sądzę, aby dorosłe kobiety naprawdę chciały z własnej woli ją czytać.
I wreszcie chyba moja największa pretensja - co to w ogóle za tytuł w polskim przekładzie? I wciąż ją kocham, serio? Ilekroć pomyślę o tej pozycji, mam przed oczami nadrukowany na okładce tytuł Dear John. Polski tytuł jest do szpiku kości bezbarwny i zupełnie traci się kontekst zawarty w tym angielskim. Wikipedia wie, o co chodzi z Dear John.


Jeśli naprawdę chcecie ją przeczytać - spróbujcie. Ja jednak sto razy bardziej polecam film, bo i soundtrack jest tam fantastyczny. ;)

rebloggy.com

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz