wtorek, 29 grudnia 2015

Najpiękniej wydane książki w Polsce - Angielski Ogród

Generalnie najbardziej cenię książki za ich utylitarną funkcję. Kupuję tylko te, co do których wiem, że będę do nich wracać, i że są w nich fragmenty, które zaznaczam za pomocą fiszek. Raczej nie zdarza się, że czytam książkę drugi raz (wyjątkiem jest ukochany Cień wiatru przeczytany kilkakrotnie) więc też bez sensu, aby stała na półce i zbierała kurz. No chyba, ze jest przepięknie wydana. Wtedy obowiązkowo muszę ją mieć. Tak było w przypadku genialnej serii Angielski Ogród wydanej przez Świat Książki. Muszę przyznać, że jest chyba najpiękniejszą serią w historii polskich wydawnictw. Po zakupie książki długo nie mogłam przestać jej dotykać i zachwycać się okładką. Szata graficzna trafia dokładnie w mój gust oraz zaspokaja poczucie estetyki.  Spójrzcie tylko na zdjęcia:



Ja mam dwie książki w swojej kolekcji - jedną prosto z wrocławskiego Świata Książki i drugą - biedniejszą z Biedronki. Dzieli je dwadzieścia złotych różnicy i wbrew pozorom jest to widoczne. Droższa posiada obwolutę, pod którą jest jeszcze piękniejsza, zakładkową wstążeczkę, a tekst wydrukowano na o wiele lepszym papierze. Tańsza wersja w dodatku miała błąd na stronie tytułowej i to w nazwisku autorki (sic!).


A co wewnątrz tak pięknej oprawy? Zacznijmy od fioletowej części Angielskiego Ogrodu. Nie wiem jakie miałam oczekiwania odnośnie do tej książki. Wydawało mi się, że skoro należy do kanonu powieści wiktoriańskich, to siłą rzeczy będzie kalką opowiadań sióstr Bronte i Jane Austen. Niespodzianka! Już po przeczytaniu opisu wiedziałam, że się pomyliłam. Lektura Północy i Południa ma za zadanie z niemal chirurgiczną precyzją naszkicować czytelnikowi społeczno-obyczajowy obraz ówczesnej sytuacji w Anglii. Autorka robi to w sposób niesamowity, jest dokładna i skrupulatna. Czasami aż za bardzo, w wielu momentach opowieść robi się, jak już zaznaczyła inna z recenzentek - "przegadana i nudna". Niestety, historia Margaret i Johna Thorntona, czyli głównych bohaterów, nie porwała mnie na tyle, abym nie mogła zasnąć w nocy, jeśli nie poznam jej dalszego ciągu, ale chciałam wiedzieć, jak się skończy więc czytałam.
Myślę, że mogę polecić tę książkę, chociaż zdecydowanie wątek miłosny znajduje się tu raczej w tle, aniżeli na pierwszym planie. (Przestroga dla nastawionych na powtórkę np. Jane Eyre.) Warto poznać styl Elizabeth Gaskell, pisarka należy przecież do ikon literatury angielskiej.

Natomiast jeśli chodzi o Opactwo Northanger to potwierdziły się moje największe obawy. Otóż kupiłam ją w kwietniu i... do dziś nie skończyłam, ponieważ zarzuciłam czytanie po kilku rozdziałach. Nie lubię Jane Austen i cóż na to poradzę. :) 


Niedawno Świat Książki powiększył kwiatową serię o kilka innych wiktoriańskich pozycji m.in. o moją ukochaną Jane Erye, która gości już zresztą na mojej półce, ale oczywiście w innej okładce. Jak żyć? :D Poniżej trzy nowe tomy wydane w listopadzie.

wydawnictwoswiatksiazki.pl

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Zwiedzanie Skandynawii i nie tylko

W tym roku zaczęłam walkę z niemiłą przypadłością, a mianowicie: zgromadziłam więcej książek, niż przeczytałam. Generalnie zawsze tego unikałam i byłam święcie przekonana, że nigdy mnie to nie będzie dotyczyć. Niestety, stało się inaczej i jestem już tym szczerze zirytowana. Czas wreszcie "zaliczyć" te wszystkie zapasy ;)

Ale dziś o czymś innym. Nie jest tajemnicą, że jestem wielką fanką Skandynawii. Jednym z wyników tej fascynacji był napisany dawno temu tekst o islandzkich nazwiskach. Tym razem w połowie grudnia w moje ręce wpadła książka państwa Zofii i Michała Miedzińskich Skandynawia. Światło Północy.



Jest to pierwsza publikacja tego małżeństwa podróżników, fotografów i administratorów stron internetowych poświęconych krajom północy. Nietrudno zauważyć, że ich wiedza na rzeczony temat jest szeroka, a gromadzenie kolejnych ciekawostek i planowanie następnych wojaży sprawia im niewypowiedzianą frajdę. Wiele razy podczas czytania dało się wyczuć ich szczere podekscytowanie i wiele innych emocji.
Książka została wydana nakładem gdyńskiego wydawnictwa Novae Res i wizualnie prezentuje się bez zarzutu. Ma miękką okładkę ze skrzydełkami, a wewnątrz mnóstwo kolorowych zdjęć autorstwa Miedzińskich. Niektóre z nich są naprawdę unikatowe, jak choćby fotografia zorzy polarnej bądź maskonurów (swoją drogą, kto wiedział, że te ptaki są aż tak piękne?).



Rozczarowało mnie jednak to, że w książce nie znalazłam ani słowa o mojej ukochanej Islandii. To trochę dziwne, że Autorzy przez kilkanaście stron pochylali się nad najmniejszymi nawet wyspami północnych archipelagów - nie twierdzę, że jest to złe, z pewnością wielu zaciekawią informacje na temat Bornholmu, Wysp Owczych albo Gotlandii, ale żeby całkowicie pominąć jeden z najważniejszych krajów Skandynawii? Poza tym, jeśli dobrze pamiętam, to natrafiłam na jakieś błędy ortograficzne, co wydaje mi się niedopuszczalne biorąc pod uwagę, że Novae Res jest już poważnym wydawnictwem.
Pozycja składa się z encyklopedycznych ciekawostek, elementów reportażu, dziennika z podróży oraz humorystycznych anegdot. Jest jakby podzielona na głosy - Autora i Autorki, co wydawało mi się zbędne. W ogóle przez całą książkę nie mogłam pozbyć się uczucia, że Michał Miedziński o wiele lepiej radzi sobie z pisaniem niż jego żona. Ciekawe czy to tylko moje wrażenie. ;)
Ogólnie rzecz biorąc mogę polecić tę książkę skandynawskim szaleńcom lub osobom, które planują wyjazd w tamte okolice. Reszta może nie być do końca zadowolona. 

A co jeszcze prezentuje się na stosiku? Otóż w listopadzie wzięłam udział w comiesięcznym losowaniu na TYM blogu, natomiast 1 grudnia otrzymałam wiadomość mailową, że wygrałam dwie wybrane przez siebie książki! :) Przyszły do mnie bardzo szybko, w dodatku w idealnym stanie. Pierwsza jest biografią naszego wielkiego podróżnika - Arkadego Fiedlera, a druga to W kraju Róży, która póki co pozostaje dla mnie czytelniczą zagadką. 



sobota, 19 grudnia 2015

Nie tylko Dickens! Poznaj inne opowieści wigilijne

Nie wierzę, że są osoby, których nie wzruszają świąteczne opowieści. Lubię w czasie adwentu nakarmić się przynajmniej jedną, by pomogło mi to wczuć się w klimat, ponieważ niczego nie wyczekuję w roku bardziej niż Świąt Bożego Narodzenia. Przegrywają z nimi nawet wakacje.
Chyba każdy zna Opowieść wigilijną Karola Dickensa. Okazuje się jednak, że dziś możemy sięgnąć po jej dalszych kuzynów, czyli powieści wielokrotnie powstające na jej kanwie.
Poniżej propozycje opowieści wigilijnych, które warto przeczytać.

Niemal wszystkie książki Richarda Paula Evansa - Stokrotki w śniegu, Doskonały dzień, Szukając Noel. Evans jest mistrzem pisania powieści ze Świętami w tle. Naszpikowano je przede wszystkim uniwersalnymi sloganami, w które Autor uparcie wierzy- mam tu na myśli "miłość", "wiarę" i "magię Bożego Narodzenia".



Tajemnica Bożego Narodzenia norweskiego pisarza Josteina Gaardera. Naszpikowana filozoficznymi przemyśleniami autora, podana w formie kalendarza adwentowego, gdzie jeden rozdział jest przyporządkowany na każdy dzień grudnia. W książce tej przyłączamy się do niezwykłej wędrówki do Betlejem, aby zdążyć pokłonić się maleńkiemu Jezusowi. (Polecana w formie bajkoterapii, do przeczytania dzieciom.)

Pamiętnik Świętego Mikołaja. Niezwykła biografia świętego, który stał się symbolem dobroci i życzliwości. Przepięknie wydana, cudnie ilustrowana, ze złoconymi kartkami. Nic, tylko oglądać, czytać i nie wypuszczać z rąk! ;)

www.taniaksiazka.pl

Noelka Małgorzaty Musierowicz rządzi na naszym rodzimym podwórku. To doskonała opowieść, gdzie akcja toczy się w Poznaniu, Autorka zawarła zaś na kartach powieści wiele wielkopolskich tradycji, wśród których prym wiedzie Gwiazdor, to znaczy "nasz" odpowiednik Świętego Mikołaja. :)

Pamiętam, że rok temu w Empiku rozchwytywana była pozycja Szczęście w cichą noc Anny Ficner-Ogonowskiej, jednej z najbardziej obecnie znanych pisarek tworzących stricte dla kobiet. Książka jest cieniutka, wiele czytelniczek zarzuca Autorce, że są zawiedzione, że tak szybko się kończy. To chyba jeden z najlepszych komplementów dla pisarza.

Szczęście w cichą noc
źródło

Podaruj mi miłość. 12 świątecznych opowiadań. Wydana w tym roku, jest więc pierwszą w kolejce pozycją do przeczytania  ;) Zapoznacie się z nią na przykład na stronie Znaku.

Podaruj mi miłość. 12 świątecznych opowiadań
źródło


Znacie jeszcze jakieś powieści ze Świętami w tle? :) Poniżej migawki z wrocławskiego jarmarku na Rynku.



czwartek, 10 grudnia 2015

Czy znasz te psy? Subiektywna lista znanych literackich psów.

Zastanawialiście się kiedyś, ile imion literackich czworonogów potrafilibyście wymienić tak "od ręki"?
Na pomysł napisania tego tekstu wpadłam już dawno, a konkretnie w styczniu około pierwszej w nocy, gdy wspólnie z koleżanką i współlokatorką w jednej osobie pilnie przygotowywałyśmy się do kolokwium z historii literatury polskiej dwudziestolecia międzywojennego. Przy powtarzaniu treści lektur uznałyśmy, że "sporo było psów w tym międzywojniu". I tak narodziła się myśl, aby przejrzeć literaturę pod tym kątem. Na kartach rozmaitych powieści można znaleźć wielu czworonożnych pupilów. Czasami odgrywają pierwszoplanowe role, czasami pojawiają się tylko epizodycznie. Czy zawsze zwracamy na nie uwagę albo chociaż zapamiętujemy ich imiona i losy? Poznajcie słynne literackie psy!

1. Zacznijmy od bohatera Granicy Zofii Nałkowskiej - Fitka. Mieszkający w ogrodzie, w celu pilnowania rabatek kwiatowych pani Kolichowskiej. Karmiony raz dziennie i trzymany na łańcuchu, biedactwo. Był typowym psem podwórzowym. W rzeczonej powieści występuje jeszcze drugi czworonóg - Lulu, zupełne przeciwieństwo Fitka. Był to typowy pies domowy, nauczony wygód. Swego kolegę Fitka traktował z wyższością, a nawet pogardą.
2. Banga - wierny pies Poncjusza Piłata. Spotykamy się z nim w rosyjskim (arcy)dziele Mistrz i Małgorzata Michaiła Bułhakowa. Banga należał do dużych psów. Był szary i miał zaostrzone uszy. Poza tym, bał się burzy. Treść książki nie zdradza, do jakiej rasy można by zaliczyć Bangę. Możemy posiłkować się tylko ekranizacjami i ewentualnie snuć pewne przypuszczenia na ten temat. Na forum Salon Literacki, według jednego z użytkowników, Banga to dog niemiecki płowy, czyli:

dinoanimals.pl

3. Lassie to owczarek szkocki, którego kojarzą chyba wszyscy. Podobnie jak jego przygody. Powieść pt.: Lassie, wróć! została wydana w 1940 roku i zekranizowana dwukrotnie. Ów pieseł jest aktualnie ikoną kultury masowej. Znacie, prawda? :)

źródło

4. Szczeniaczek Nemrod jest bohaterem Sklepów Cynamonowych Brunona Schulza. Pisarz zawarł w dziele rozkoszny opis psiaka: "Piesek był aksamitny, ciepły i pulsujący małym, pospiesznym sercem. Miał dwa miękkie płatki uszu, niebieskawe, mętne oczka, różowy pyszczek, do którego można było włożyć palec bez żadnego niebezpieczeństwa, łapki delikatne i niewinne, z wzruszającą, różową brodaweczką z tyłu, nad stopami przednich nóg. Właził nimi do miski z mlekiem, żarłoczny i niecierpliwy, chłepcący napój różowym języczkiem, ażeby po nasyceniu się podnieść żałośnie małą mordkę z kroplą mleka na brodzie i wycofać się niedołężnie z kąpieli mlecznej." Przyznać się, kto się roztkliwił?
5. Saba - mastif obecny w powieści W pustyni i w puszczy Henryka Sienkiewicza. Mastify to bardzo rzadka rasa niezwykle silnych, muskularnych psów. Rzeczone zwierzę otrzymała Nel z okazji świąt Bożego Narodzenia. Imię to w języku arabskim znaczy "lew" i rzeczywiście dzięki swojej posturze w pewien sposób może kojarzyć się z królem zwierząt. 

psy-pies.com

6. Kolejnym psim bohaterem literackim jest piesek Miluś ze średniowiecznej opowieści o Tristanie i Izoldzie. Był podarunkiem od Tristana dla ukochanej. Dźwięk dzwoneczka zawieszonego przy jego szyi koił wszystkie troski i tęsknoty. Izolda jednak zawstydziwszy się z powodu tej niezwykłej właściwości (nie mogła ścierpieć tego, że ona jest wesoła, a Tristan gdzieś tam usycha za nią z tęsknoty) wyrzuciła dzwoneczek w morską otchłań. Bez obaw, psa sobie zostawiła. :)
7. "Ogary poszły w las." Tym zdaniem rozpoczął swoje dzieło Popioły Stefan Żeromski. Ogary wyglądają właśnie tak:

pl.wikipedia.org

Cóż, wprawdzie dziś nie przypada żadne psie święto, ale to nieważne, o tych zwierzątkach zawsze miło poczytać. A wy znacie inne literackie piesełki? :)

środa, 9 grudnia 2015

A gdyby życie miało soundtrack?

Obejrzane w ubiegły czwartek "Listy do M. 2" obudziły we mnie tęsknotę za tym, aby jak w filmach życiu towarzyszyła adekwatna muzyka. I wiem, że nie jestem w tym pragnieniu osamotniona. Jak fantastycznie byłoby, gdyby na przykład podczas przeżywania jakiegoś totalnie magicznego momentu nagle znikąd popłynęłaby fajna muzyka. Niestety póki co takie rzeczy tylko w filmach. ;)
Muszę przyznać, że podczas ich oglądania bardzo zwracam uwagę na to, czy dostatecznie starannie wybrano ścieżkę dźwiękową. A gdy już dany soundtrack spotka się z moją aprobatą, to potrafię nie rozstawać się z nim tygodniami.
Szczególnie polecam:

Hans Zimmer i ścieżka dźwiękowa do Pearl Harbor. Tyle emocji, że aż kipi. Warto zapoznać się także z muzyką skomponowaną przez rzeczonego do "Incepcji" i "Gladiatora".


Alexandre Desplat i saga Zmierzch. Tak, nie zrobiłam błędu. O "Zmierzchu" można mówić wiele negatywnych rzeczy, ale tak pięknej muzyki, jaką skomponował Desplat mogą pozazdrościć o wiele lepsze filmy.


Michael Nyman - "Fortepian". Soundtrack mojego życia. Swego czasu niemal non stop słuchałam motywu przewodniego właśnie tego dzieła. ;)


Ludovico Einaudi czyli "Nietykalni". O ile film według mnie wcale nie zasługuje na 2 miejsce w rankigu wszechczasów na filmwebie, to trzeba przyznać, że muzyka jest naprawdę zachwycająca.


I wreszcie "Wielki Gatsby". Wiem, że akurat ścieżka dźwiękowa do tego obrazu wielu razi, a nawet oburza, to ja ciągle zastanawiam się, jakim cudem Lana del Rey nie otrzymała Oscara za "Young and Beautiful" - utworu wybitnie wpasowującego się w treść fabuły.


A w poniedziałek trzymałam przepiękny egzemplarz "Kopciuszka" wydanego przez Wydawnictwo Olesiejuk. Z pewnością każdy z nas zna smutną historię dziewczynki dręczonej przez złą macochę i przyrodnie siostry, a która dzięki dobrej wróżce wreszcie wychodzi na prostą. Zaręczam jednak, że takich ilustracji, jakie wykonała Argentynka Valeria Docampo jeszcze nie widzieliście! Wydanie jest przepiękne, wprost nie można oderwać oczu od wysublimowanych i estetycznych ilustracji. TU na blogu można znaleźć recenzję "Kopciuszka" i dzięki zdjęciom poznać choć namiastkę wnętrza książeczki.
źródło

środa, 2 grudnia 2015

Listy do M. po raz drugi!



Kocham chodzić do kina. W czasie trwania filmu odpływam dosłownie na inną planetę i zapominam o wszystkich troskach dnia codziennego. Liczy się tylko perspektywa wpatrywania się w ciemności w ogromny, biały ekran i historia na nim wyświetlana.
Dziś byłam na drugiej części polskiej wersji „Love Actually” czyli „Listach do M. 2” Macieja Dejczera. 

http://lok.art.pl/wp-content/uploads/2015/11/listy-do-M-204x300.jpg

Reżyser na nowo podejmuje przerwane 4 lata temu wątki tych samych, ale także wprowadza zupełnie nowych bohaterów. Przez film przewija się cały kwiat polskiego aktorstwa od Maćka Stuhra <3 aż po początkujących adeptów tego zawodu, czyli na przykład Jakuba Jankiewicza. (Tak to ten przeuroczy chłopiec z „M jak miłość” i katolickiego programu dla dzieci „Ziarno”.)

http://lok.art.pl/wp-content/uploads/2015/10/listy-do-M2_1.jpg
źródło  

Oczywiście tuż po wyjściu z kina byłam totalnie zachwycona i oczarowana produkcją. Poza tym, chyba po raz pierwszy spotkałam się z tym, że cała sala była wypełniona do ostatniego miejsca i w dodatku niemal płakała ze śmiechu w kluczowych momentach. I nawet w ogóle nie przeszkadzało mi to, że siedziałam w IV rzędzie od dołu, bo… Tanie Środy. ;)
Uwielbiam wigilijne opowieści (jak zresztą wszystko co wiąże się ze Świętami). Zawsze w okolicach grudnia karmię się nimi do przesytu i to w najróżniejszych postaciach. Dla jednych to ckliwość i kicz, zaś dla mnie mnóstwo ciepła i wzruszeń. Jeszcze teraz te wzruszenia mam w opuszkach palców, gdy stukam w klawiaturę pisząc ten tekst. 
Odniosłam wrażenie, że bardzo się postarano podczas kompletowania soundtracku (o których zresztą chciałabym napisać kiedyś notkę). Uważam go za bardzo adekwatny i udany. Cudowne uczucie wiedzieć, że nie zmarnowało się pieniędzy wydanych na bilet.




Jeśli jeszcze nie byliście na najnowszych „Listach do M.” to koniecznie to nadróbcie! Nawet jeśli nie wyjdziecie z kina równie urzeczeni jak ja, to przynajmniej na pewno się uśmiejecie. Bo duża dawka humoru jest w tym filmie gwarantowana.